Testy ciążowe

Ginekolog
1 marca 2017
Nicole

W tym poście dowiecie się o metodach rozpoznawania ciąży. Mogłabym od razu napisać – w prawej ręce trzymam test ciążowy płytkowy, a w lewej ręce trzymam próbówkę krwi, która pójdzie do laboratorium do oceny poziomu HCG (gonadotropiny kosmówkowej – hormonu specyficznego dla ciąży). Ale nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła nieco inaczej.

W dzisiejszych czasach, gdy kobieta podejrzewa ciążę to idzie do apteki albo nawet do drogerii i kupuje sobie za przysłowiowe 5zł (no dobra może 10zł) – „test ciążowy”. Wykonuje go sama w zaciszu swojego domu, tudzież w publicznej toalecie, bo nie może wytrzymać i musi wiedzieć JUŻ.
Bardziej skrupulatna (i cierpliwa) przyszła mama – uda się do laboratorium, zapłaci 30-50zł za badanie z krwi, poczeka na wynik do wieczora lub do kolejnego ranka i ze stuprocentową pewnością będzie wiedziała czy jest w ciąży czy nie.

Wszystko wydaje się takie proste i oczywiste.
Wyobraźcie sobie teraz, że nie żyjecie w 2017 roku. Skąd kobiety w innych epokach wiedziały, że są w ciąży? Odpowiedź jest taka, że bardzo długo nie wiedziały.

Chciałabym wam dziś nieco opowiedzieć o historii „testów ciążowych” – zainspirowałam się do tego postu jedną ze scen z filmu „Sztuka kochania” gdzie dr Michalina Wisłocka, podlewa paprotki moczem kobiet i jeżeli paprotka rosła szybciej niż paprotka podlewana moczem nieciężarnej, to oznaczało to ciążę.


Takie metody rzeczywiście były stosowane w latach 1930-1960 (plus minus kilka lat)- od kiedy odkryto hormony płciowe i jakże ważną w dzisiejszym poście gonadotropinę kosmówkową (HCG). Na wynik takiego testu czekało się kilka tygodni. A sens on miał w ogóle dopiero kilka tygodni po spóźnionej miesiączce kiedy poziomy hormonów płciowych, progesteronu i estrogenów były już dość wysokie. Oczywiście współczynnik fałszywych wyników, zarówno tych fałszywie dodatnich jak i fałszywie ujemnych był dość wysoki – rzędu nawet 30-40 %.
Były też testy bardziej „drastyczne”, choć bardziej czułe. Królikom, szczurom, żabom lub ropuchom podawano w zastrzykach krew lub mocz kobiety, która podejrzewała u siebie ciążę. Zwierzęta te mogły być użyte tylko raz. Jeżeli kobieta była w ciąży, zwierzę dostawało wysokiej temperatury pod wpływem hormonów kobiety, a po kilku dniach – osobniki żeńskie dodatkowo miały od wpływem kobiecych hormonów indukowaną owulację i wytwarzały tak zwane ciałko żółte w jajnikach, które można było dopiero zobaczyć po sekcji zwierzęcia.
Badania te nazywano – próbami ciążowymi biologicznymi. Nie dość, że były okrutne, to były drogie i co najgorsze również mało czułe. Ponieważ u wielu kobie poziom hormonów już w drugiej fazie cyklu bez ciąży również indukował te reakcje u zwierząt.

Niewiele kobiet się na takie testy decydowało. Większość musiała opierać się na tak zwanych pewnych i niepewnych objawach ciąży.

Objawy pewne – występują dopiero w drugiej połowie ciąży są to:
- wyczucie ruchu płodu przez lekarza lub położną,
- wysłuchanie tętna przez lekarza lub położną,
- wybadanie części ciała płodu przez lekarza lub położną.

Objawy niepewne to:

- wtórny brak miesiączki,
- powiększenie piersi,
- powiększenie obwodu brzucha, zwiększenie masy ciała,
- wzrost temperatury ciała do 37 stopni,
- powiększenie się macicy oraz rozpulchnienie szyjki macicy w badaniu przez lekarza (OBJAW HEGARA, OBJAW PISKACKA),
- przekrwienie i zasinienie ścian i przedsionka pochwy obserwowane w badaniu przez lekarza (OBJAW CHADWICKA).

To co ja wam tu piszę to nie jest jakaś prehistoria – w prehistorii było jeszcze inaczej. A w czasach przed naszą erą i aż do ubiegłego wieku były przeróżne szamańskie metody oceny czy kobieta jest w ciąży, głownie opierające się na podlewaniu różnych nasion moczem kobiety lub wytworzeniu różnych mikstur z moczu kobiety.

Jednak te wcześniej opisane objawy jako metody rozpoznawania ciąży obowiązywały jeszcze pół wieku temu. Pracuje jeszcze wiele lekarzy, którzy doskonale się na tych metodach znają.

Dopiero w latach 60 tych ubiegłego wieku stworzono pierwsze specyficzne testy w kierunku gonadotropiny kosmówkowej. Prace nad stworzeniem takiego czułego i bezpiecznego testu ciążowego trwały co najmniej trzydzieści lat i były bardzo karkołomne. Mimo, że wiadomo było na czym taki test miałby polegać – czyli ocenić czy jest czy nie ma gonadotropiny kosmówkowej i mimo, że było na to dużo funduszy i dużo chętnych naukowców. To jednak nasz stan wiedzy jeszcze nie pozwalał na stworzenie metody, która mogłaby w stanie to dokładnie ocenić.

Na przełomie lat 60 i 70 dwudziestego wieku, udało się stworzyć test, który z moczu po dwóch godzinach oceniał z bardzo wysoką skutecznością czy kobieta jest w ciąży czy nie. Początkowo był on dostępny tylko dla lekarzy i laboratoriów. Szybko jednak stwierdzono, że istotą zwiększania świadomości kobiet i przez to zwiększania zdrowia społeczeństwa jest szybki i TANI – test ciążowy dostępny do wykonania w domu. Piszę tu głównie o USA, jak wiadomo w Europie, a tym bardziej w Polsce wszystko było przesunięte o kilka lat.
To były lata 70te- niby seksualna rewolucja, ale prawda była taka, że bardzo wiele kobiet nie chciało się przyznawać lekarzom o tym, że współżyją, w szczególności jeżeli nie były po ślubie. Podziemie aborcyjne miało się świetnie i część szarlatanów – bo lekarzami nie można ich nazwać – umyślnie mylnie rozpoznawało ciąże, aby ją następnie za pieniądze przerwać.
Z pomocą rządu amerykańskiego aby poprawić ten wielopoziomowy problem w końcu stworzono w 1976 roku test o nazwie EPT (early pregnancy test, nazywany też errorów proof test) – kosztował on 10 dolarów to może nie było mało, ale nie była to cena na którą przeciętna Amerykanka nie mogłaby sobie pozwolić.
Od tego momentu wszystkie kobiece czasopisma rozpisywały się o wczesnych domowych testach ciążowych, które podbiły szybo świat i w latach 80-tych były dostępne już ogólnoświatowo.
Tak naprawdę odkrycie, a nawet nie tyle odkrycie testu ciążowego, bo nie było to odkrycie, a wielodekadowe prace. Można to uznać za jeden z największych przełomów ginekologii ostatnich 100 lat, na miarę odkrycia ultrasonografii czy odkrycia struktury DNA i badań z tym związanych.


Testy ciążowe domowe są do wykonania z moczu kobiety – są one bardzo czułe. Wynik dodatni oznacza ciążę – jedyny wyjątek to nowotwór, który produkuje również HCG – jest to jednak niesłychanie rzadkie, wiec w celu uproszczenia można powiedzieć – JEŻELI są dwie kreski to JESTEŚ w CIĄŻY. Chciałabym tu dodać ważną rzecz, o którą pacjentki w praktyce często pytają – TAK cieniutka druga kreska to też ciąża.

Natomiast jeżeli test będzie ujemny to sprawa nie jest taka oczywista.
Może być tak, że test wykonano za wcześnie.
HCG – pojawia się po implantacji zarodka czyli 7-12 dni po zapłodnieniu, wcześniej test NA PEWNO będzie ujemny.
W pierwszych dniach po implantacji poziom HCG jest dość niski i testy mogą go nie wykryć. Stężenie hormonu o którym mowa, czyli gonadotropiny kosmówkowej, zależy od stężenia moczu. Mówiąc wprost czym dłużej nie robiliśmy siku tym więcej HCG i tym bardziej prawdopodobne, że test będzie już dodatni.
Jeżeli test wyjdzie wam ujemny, a miesiączki dalej nie ma, to powtórzcie go kolejnego dnia rano i kolejnego dnia rano, tak może trwać dość długo ponieważ u części kobiet owulacja i zapłodnienie nie jest wcale w połowie cyklu jakby się wydawało.

Jeżeli test ciążowy wyjdzie wam taki, że nie jesteście pewne czy jest ta druga kreska czy nie lub wciąż wychodzi ujemny a wy jednak podejrzewacie ciążę – to badaniem ROZSTRZYGAJĄCYM jest badanie poziomu bHCG z krwi. Tu nie ma wyników fałszywych. Albo jesteście w ciąży i będzie wynik dodatni albo nie jesteście w ciąży i wynik będzie ujemny. No chyba, że jesteście w ciąży od wczoraj tudzież od 7-12 dni – zasada jest podobna, jeżeli jeszcze nie było implantacji to test ciążowy, ciąży nie pokaże.

Na koniec pewna ważna informacja, HCG rośnie bardzo różnie u różnych kobiet i na podstawie poziomu hormonu nie da się ocenić wieku ciąży. Wiek ciąży ocenia się na podstawie wywiadu (ostatnia miesiączka) oraz obrazu USG – pisałam o tym kilkakrotnie.

Np. tu  http://wp.me/p84okv-3mr

Gdyby mój nauczyciel od historii z liceum przeczytał ten tekst to chyba by zwątpił w moje zacięcie historyczne, bo na lekcjach z historii zazwyczaj ukradkiem malowałam paznokcie, ale nie mówcie o tym nikomu ;)